Maruda jakich mało

Witaj!

Osiemnastoletnia licealistka pisząca bloga, wyrażająca w słowach swoje poglądy, odczucia, pokazująca to, co inspirujące, ciekawe, godne uwagi. Ciekawa świata i głodna (co nikogo z jej otoczenia nie dziwi) nowych przygód. Weronika. Tak, to ja, a to jest mój blog - zlepek wszystkiego. Mieszaniec. Kundelek. Ale i tak kocham go nad życie. Witam serdecznie!

Akuku!

Archiwum

Statystyka

Popularne posty

Sentyment pozostaje zawsze


Pewnie każdy z nas tak ma. Po dłuższym przebywaniu w czyimś towarzystwie, po miesiącu użytkowania określonego przedmiotu czy znajdowaniu się w jakimś miejscu, nie wyobrażamy sobie życia bez tej rzeczy czy tego człowieka. Czujemy, że gdy nadejdzie czas rozterki, sprawa ta nie będzie należała do najłatwiejszych, że nie damy sobie rady, że czeka nas załamanie, rozpacz, niekończące się cierpienie. Powiedzmy, że właśnie przechodzę coś, co można podpiąć pod termin o nazwie ciężkie rozstanie.


Rozstanie z grą. 

Wiem, brzmi przekomicznie, że można czuć się źle kończąc coś, co było naszą rozrywką przez bliżej nieokreślony czas. Kto zna mnie bliżej dobrze wie, że już szósty rok gram w Plemiona. Wierzcie lub nie, ale to cudo ma coś w sobie, co nie pozwala mi przestać. Wbrew pozorom to jedna z mądrzejszych rzeczy, na które natrafiłam w internecie. Wymaga umiejętności planowania i czyni z nas małego stratega, dostarczając przy tym nie lada frajdy podczas podbijania innych wiosek. I to właśnie ta gra zainspirowała mnie do napisania posta, który właśnie czytacie. Bo za dzień, dwa, już mnie tam nie będzie. Tak jak cudownie było przejmować dorobek innych graczy, już mniej wspaniale jest samemu go tracić. Przez jeden nieprzemyślany błąd (a dokładniej atak na przyjaciela - takiego wirtualnego, który pomagał mi stawiać pierwsze kroki w rozgrywce) odebrano mi (prawie) wszystko. Wrogie wojska dobijają się do murów moich grodów co chwilę. Z początku pomyślałam: "Okej, znudzi mu się i jutro sobie odpuści". On jednak z uporem maniaka terroryzuje moich 'podwładnych', a wszelkie próby negocjacji z nim kończą się fiaskiem. Jeśli dotrwaliście do tej części tekstu, gratuluję. Zaraz przechodzę do sedna, naprawdę. Tylko musiałam się troszeczkę wyżalić, bo jest mi jednak przykro.

Coś, co tworzyłam przez pół roku. Coś, dla czego się poświęcałam, dla czego budziłam się w środku nocy, aby wydać odpowiednie rozkazy czy wszcząć budowę, coś, co broniłam jak swoje - po prostu zostanie mi bezczelnie odebrane.

Przyznajcie, też byście się wkurzyli. No bo jak przejść obok czegoś takiego? Poznajesz nowych ludzi, zawierasz (często prawdziwe) wirtualne przyjaźnie, uczysz się czegoś nowego, doskonale się bawisz angażując w rozgrywkę znajomych ze szkoły, poświęcasz swój wolny czas i serce, a tu taki klops. 


Wniosek? Warto. 

Możecie się wykłócać, że przecież mój wpis ma zupełnie inny wydźwięk i teraz wydziwiam, że powinnam, mówiąc kolokwialnie, puknąć się w czoło. Cóż z tego, kiedy naprawdę to mi się opłaca? Obecna sytuacja uczy przede wszystkim pokory. Że człowiek nie jest bogiem, wszechmogącym panem i królem świata. Jest jednym z wielu, który czasem musi pozbyć się ze swojego serca przesadnej dumy i pychy. To donikąd nie prowadzi, a przysparza dodatkowe problemy. Ja przez swoją arogancję sama przyciągnęłam na siebie nieszczęście. Naważyłeś piwa? To je wypij. Jestem pełnoprawną osiemnastką, więc z chęcią się za to zabiorę. Mówiąc jednak poważnie, w trudnych sytuacjach usiądźcie i zastanówcie się głęboko: czy aby wysiłek, który w daną rzecz włożyliście nie przyniósł żadnych owoców? Dojrzyjcie czasem zalety pewnych sytuacji, które wydają się patowe. Warto.

2 komentarze

  1. Cieszę się, że doszłaś do takiego pozytywnego wniosku. Zawsze warto doszukiwać się pozytywów, nawet na siłę.

    Anna // Kliknij tutaj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pełni się z Tobą zgadzam! A nóż-widelec sytuacja obróci się na naszą korzyść. Warto mieć nadzieję, zawsze.

      Usuń